Hej!
Wiecie co? Natchnęło mnie. Znaczy się Niewyparzona Pudernica mnie natchnęła tym zdaniem:
"Blog to nie mowa pogrzebowa, nie musi być poważnie,
nie musi być poprawnie, ma być swojsko. Jak z koleżanką na drinku – bez spiny."
Zmieniam styl pisania. Pisanie o języku i narratorze... Serio? To nie ja. Blogi jakoś to na mnie wymusiły. Chciałam być fajniejsza. Bzdury! Będę sobą i tyle. To je moje miejsce, mie sie ma tu podobać (PS. błędy są specjalnie)! Także już o narratorze nie poczytacie, chyba, że coś ciekawego będzie 😁 No i dużo buziek będzie, bo lubię 😁
Dzisiaj słuchajcie, przeczytałam pierwszą w swoim życiu książkę autorstwa Grahama Mastertona. Padło na Sektę. Jak wiecie, niedawno były wyprzedaże książek w Biedrze, to kupiłam dziadowski egzemplarz kieszonkowy. Nie ma co narzekać, 9,99 kosztował. Ale druk krzywy... No nieważne. Przejdźmy do recenzji 😀
Zarys fabuły:
Dawno dawno temu, kiedy to zamach na WTC było świeżą sprawą, poznajemy Conora O'Neilla. Jest ochroniarzem w nowojorkim Spurrsie (do dzisiaj nie wiem czym się zajmują, google też nie pomaga pokazując nagich koszykarzy 😀). Pewnego dnia sejf, który ma być pilnowany przez Conora zostaje obrabowany. Wcześniej jednak umknęło Conorowi kilkadziesiąt minut z życiorysu. Nie wie co wtedy robił. Okazuje się, że sejf obrabowany został przez ludzi, którzy mu te kilkadziesiąt minut zachachmęcili. Ale Conor o tym nie wie i zaczyna pościg za regularnymi rabusiami i jego życie już nie jest takie kolorowe. Hipnoza, hiszpańska grypa, pościgi, ukrywanie się, grube hajsy. Ciekawi?
Opinia:
Nic innego Wam nie pozostaje jak czytać Sektę!
"Jedynym krajem, który nie cenzurował liczby ofiar
śmiertelnych, była Hiszpania, co wywołało wrażenie, że
umierało tam więcej osób niż kiedykolwiek indziej - stąd
nazwa "hiszpańska grypa""
Tutaj macie powyżej fragment wstępu do książki. Ciekawa informacja, cieszę się, że autor potrafił naznaczyć o czym w ogóle będzie pisał w taki interesujący sposób (oczywiście fakty są bardziej rozbudowane).
"Znałem wielu ludzi, którzy sporo stracili. Ale ci
wyglądali tak, jakby zesrali się w gacie
na przyjęciu u prezydenta"
Co ja mam tu pisać? Klasyka napisana przez klasyka. Dziwne, że ma takie niskie oceny na lubimyczytać.pl, ale jak wiadomo, nie wszystko się wszystkim podoba. Akcja w książce nie zaczyna się w połowie, albo w końcówce, jak to miało miejsce w pewnych okazach literackich... Tutaj akcja pogania akcję. Chce się to czytać.
"- Mówię wam, tak właśnie jest. Metodyści nienawidzą
katolików, katolicy nienawidzą żydów. A wszyscy razem
nienawidzą muzułmanów. Jakbyście mnie pytali,
to powiem wam, że ten Branch ma rację jak jasna cholera.
- Jaki Branch? - zapytał Ric.
- No ten facet, co się nazywa Branch. Mówią, że to
terrorysta. On gada, że wszyscy powinni wyznawać
taką samą religię."
Apropo wyżej wspomnianego Brancha, jest pewien rozdział w książce, który bardzo ciekawie opisuje jego życiorys. Umiejętnie wplótł to Masterton w treść. Mistrzowsko.
Autor robi sieczkę z mózgu czytelnikowi. Nie wiem co pan Masterton brał, ale wyjść od napadu i przejść przez tyle różnych wątków, które się na końcu łączą w spójną, logiczną całość?! No szacun. Wątki obyczajowe są, ale nie takie nachalne jak w Rewizji u Mroza. Genialnie. Są też seksy na stole, więc dzieciom raczej nie polecam 😀
Ocena: 9/10
Naprawdę chciałabym coś więcej napisać, bo zaraz ktoś mi napisze, że mało ambitna recenzja... Phi. Ale tu nie ma co pisać więcej. To jest bardzo dobra książka. Polecam wszystkim, którzy szukają w książce akcji od pierwszej do ostatniej strony.
Mon.





















